Za nami już kilka debat prezydenckich. Dla mnie zawsze była to bezsensowna formuła. Każdy kandydat ma minutę na przedstawienie swoich pomysłów na zmianę świata na lepsze. Co to jest minuta? 60, czy 90 sekund wystarczy jedynie na wzbudzenie emocji i podniesienie ciśnienia u widzów tak, żeby jeszcze bardziej przekonali się o swojej racji. A racją jest niechęć do przeciwnika naszego faworyta. Dopóki tak to będzie wyglądać, to ciężko będzie o lepsze rządy.
Całe szczęście, że na debatach jest ktoś taki jak Stanowski, który pomiędzy tymi utarczkami jawi się jako głos rozsądku. Faktycznie udaje mu się obnażyć nieco tę szopkę, którą wystawiają politycy, ale obawiam się, że niewiele to zmieni. Większość ludzi ma jakiś dziwny przełącznik w głowie, który kiedy tylko pojawiają się emocje, wyłącza im myślenie.
Co do Stanowskiego jeszcze, to mam jednak wrażenie, że jego obecność w tych wyborach, to nie tylko i wyłącznie misja dziennikarska. Z pytań, które zadawał można wywnioskować, że trochę jednak liczy na spadek poparcia kandydatów koalicji rządzącej, a wzrost u pozostałych. Co nie jest samo w sobie takie złe, bo faktycznie lepszą sytuacją wydaje się taka, kiedy prezydent i premier są z różnych ugrupowań.
No i w jednym się oczywiście ze Stanowskim zgadzam – wśród kandydatów nie ma nikogo godnego urzędu prezydenta. Sam powtarzam to zresztą od dawna – w tym kraju znowu nie ma na kogo głosować. Wygląda na to, że jest nas grubo ponad 30 milionów i nie tylko z doborem jedenastu kopaczy mamy problem. Świetnej ekipy rządzącej i prezydenta też nie mamy z kogo wyselekcjonować. Na pewno trudno o to wśród ludzi z politycznego światka.
Kiedyś zastanawiałem się nad tym, dlaczego w polityce praktycznie nie ma porządnych ludzi. Wniosek jest tylko jeden: żaden szanujący się człowiek nie chce brać w tym udziału. Niestety w polityce krajowej trzeba zniżyć się do poziomu wyborców, a większość wyborców zamiast przeanalizować postulaty kandydata i potem rozliczać go z jego obietnic, woli popodniecać się podczas kampanii, optuje za swoim kandydatem i kierowany nagonką jego sztabu, zaczyna nienawidzić kontrkandydata i jego wyborców. Liczą się tylko emocje.
Jest to naprawdę ciekawe zjawisko. Niestety wciąż zdarza mi się zbyt dużo czasu spędzać w Internecie, więc miałem okazję prześledzić pobieżnie kilka tak zwanych dram wśród youtuberów. Zdarzało mi się też śledzić Fame MMA. Każdy ma jakieś guilty pleasure. Sęk w tym, że polityczne spory są prawie tym samym, co jutuberskie dramy i wykorzystują te same mechanizmy. Na ekranie wygląda to podobnie: pokrzyczymy na siebie, powyzywamy się, a kiedy zgasną światła fleszy, spotkamy się za zamkniętymi drzwiami, napijemy wódeczki i pogratulujemy wzajemnie występu.
Te show często rozgrywają się w tak zwanym trójkącie dramatycznym. W koncepcji tej mamy trzy role: kata, ofiarę i ratownika. W zależności od sytuacji, ludzie mogą przyjmować różne role. Czasem zostają przy jednej przez cały czas trwania jakiegoś przedstawienia (np. kampanii prezydenckiej albo afery w mediach), a czasem zmieniają je w zależności od tego, na czym lepiej wyjdą.
I tak: kiedy ktoś kogoś atakuje, zawsze znajdzie się grono ludzi, którzy wejdą w rolę kata i będą atakować razem z nim. Kiedy ktoś jest atakowany, zawsze znajdzie się inne grono ludzi, które będzie go bronić przed niesprawiedliwością i krzywdą. Można też grać ofiarę, co pozwala na wzbudzanie empatii i sympatii tych broniących, a wzmagać żądzę krwi u atakujących. Dynamika takich sytuacji jest ogromna. W trakcie trwania jednej afery ktoś może kilka razy na zmianę być stroną atakującą, potem ofiarą, a zdarzy się, że jeszcze i o ratownika zahaczy.
Nieważne jaki osąd, czy pogląd ktoś wygłasza, zawsze znajdą się tacy, co są za i tacy, co są przeciw.
Tak jak wspomniałem, inicjatywa Stanowskiego niewiele da. Choć coś czuję, że może zdobyć zaskakująco wiele głosów, to prezydentem raczej nie zostanie. Średnio by się do tego nadawał, co zresztą sam przyznaje. Świetnie jest jednak posłuchać w tych patokonferencjach politycznych głosu, który brzmi całkiem rozsądnie i rozświetla nieco mroki politycznego bagna. Daje to nadzieję, że może jednak… kiedyś… wreszcie przejmie scenę ta część społeczeństwa, która nie daje się owładnąć emocjom chwili.
Dodaj komentarz