Przez kilka tygodni trochę brakowało sił, żeby cokolwiek napisać. Były momenty, kiedy grawitacja wokół łóżka powiększała się kilkunastokrotnie. Ciągle jeszcze nie ma lekko, ale postanowiłem napisać choć parę słów. To jeden z moich sposobów na radzenie sobie ze stanami „d” (stanami depresyjnymi – przyp. aut.).
Po kilku tego typu „przygodach”, nauczyłem się, że najlepiej reagować natychmiast i wykorzystywać te krótkie przebłyski, kiedy jednak się chce. Chodzi o to, żeby cokolwiek robić, być w ruchu. Jak legniesz na wyrze i oddasz się mieleniu tych myśli najgorszych, zmartwień i wyobrażeń, to będzie tylko trudniej. Spacer, ogarnięcie biurka, gra na gitarze, cokolwiek.
Swego czasu udało mi się napisać coś w rodzaju e-booka na podobne tematy. Być może kiedyś go opublikuję. Na tę chwilę byłoby to chyba zbyt wielkie wyzwanie.
Oprócz natychmiastowej reakcji jest jeszcze jedna rzecz, która trzyma mnie w takich momentach w ryzach pozytywu lub chociaż nadziei. Jest nią przekonanie, że to za jakiś czas minie. To jest kluczowe. Nawet, jeśli są chwile, że trudno w to uwierzyć, to trzeba wyrobić w sobie to przeświadczenie. Powoli je cementuję, a każdy epizod podszyty tym paskudnym stanem, mi w tym pomaga. Póki co, każdy z nich ostatecznie minął w mniejszym czy większym stopniu, więc będę się tego trzymał.
Mało jest mocy w tym niedługim tekście, ale chciałbym zachować choć część prawdy w swoim pisaniu, więc piszę jak jest. Każdy przeżywa słabsze chwile, nawet ci, co pozornie żyją w bajce. Czasem po prostu wizerunek zabrania im o tym mówić.
Dla mnie ważna jest autentyczność i choć próbuję czasem prowadzić narrację osoby pewnej siebie, to nie zamierzam się przy niej upierać.
Dodaj komentarz