Wewnętrzne Dziecko Po Trzydziestce

Tak się złożyło, że trzy dychy już od jakiegoś czasu gniotą mi kark, ale wciąż czuję się jak osiemnastolatek (pomijając łupanie w krzyżu i kilka dziwnych dolegliwości w miejscach, których w życiu bym się ich nie spodziewał). Ta rozbieżność pomiędzy stanem faktycznym, a stanem ducha skłoniła mnie do przemyśleń, a jakże. Trzydzieści lat sprawia, że myślę o swoim tak zwanym wewnętrznym dziecku. Staram się o nie dbać i dawać mu przestrzeń, tylko czy nie za dużo tej przestrzeni? A może właśnie za mało?

Ten tekst miał być o czymś innym, ale pisząc go, zdałem sobie sprawę, ze usiłuję po raz kolejny przydusić się, używając argumentów, które zwykle blokują mnie przed działaniem. Pozbyłem się tego (na razie niestety tylko z tekstu) i wyszło coś takiego…

Koncepcja wewnętrznego dziecka stała się powszechna w psychologii, a zwłaszcza w psychologii popularnej na przestrzeni ostatniej dekady, może dwóch. Jest to teoria, która zakłada, że ego każdego z nas ma część, która jest… po prostu dziecięca. Ta część składa się z emocji, energii i zachowań, które nosimy ze sobą od samego początku. Między innymi teoria transakcyjna rozwija ten wątek o wiele bardziej, a ja tutaj go przytnę.

Dorastając spychamy gdzieś tę część dziecięcą, uznając ją za mniej ważną. Czasem nawet traktujemy ją jako zbędną, uciążliwą. Często w ogóle nie jesteśmy jej świadomi, przez co zdarza nam się zachowywać kretyńsko. Dziecko przecież nieustannie czegoś chce, ma mnóstwo pytań, wlezie tam, gdzie nie powinno, dąsa się, płacze kiedy uzna to za stosowne i krzyczy, kiedy uzna to za stosowne. A właściwie nie ma dla niego sytuacji, kiedy byłoby to niestosowne. Przyswajamy sobie to wszystko dopiero w procesie wychowywania, dorastając. Między ludźmi panują jednak jakieś zasady, więc uczymy się ich przestrzegać. Rozwijamy i nabywamy inne części, inne tożsamości. Stajemy się uczniami, studentami, pracownikami, ojcami, matkami, wujkami, nauczycielami, mentorami, seniorami. To, co dziecięce „nie przystoi” do tych ról.

Kłopot w tym, że to, co dziecięce, jest również naturalne. Wiele tych reakcji i pragnień pochodzi z wnętrza, z intuicji, z instynktu. To, co dojrzalsze, pasujące do ram społecznych i norm, jest wyuczone i sztywne. Pochodzi z zewnątrz i zamyka się w umyśle. A to, co naturalne zwykle jest bardziej wartościowe i piękniejsze od tego, co syntetyczne. Dotyczy to praktycznie wszystkiego – jedzenia, ubrań, mebli, krajobrazów, muzyki, piękna w ogóle.

Kiedy decydujemy się na tłumienie tej części, praktycznie zaczynamy dusić samych siebie.

Moje wątpliwości na chwilę wzbudziło to, czy takie dbanie o wewnętrzne dziecko, nie sprawi, że zapomnisz jak to jest być dorosłym. Łatwo zatracić się w dziecięcej naiwności, beztrosce, nie zważaniem na otoczenie, czy dobro ogółu itd.

Ale nie chodzi przecież o to, żeby z powrotem stawać się dzieckiem. Chodzi o to, żeby stać się chociaż w miarę dojrzałym człowiekiem, który będzie w stanie zająć się swoimi dziecięcymi pragnieniami i ekspresją, i trzymać je na wodzy, kiedy naprawdę trzeba.

Podobno zdrowo jest wrócić do siebie w dzieciństwie. Zastanowić się, o czym marzyłeś jako dziecko, czego pragnąłeś na co dzień, co czułeś, jak traktowałeś swoje potrzeby, jak lubiłeś się bawić?

A kiedy przypomnisz już sobie, że są rzeczy, o których marzyłeś jako dzieciak, ale z jakichś powodu nie mogłeś tych marzeń spełnić, a teraz możesz, to dlaczego tego nie zrobić? Wiadomo, nie wszystko już się da, bo wiek też ma swoje ograniczenia, ale są na pewno rzeczy, wobec których lata na koncie nie mają znaczenia. Jeżeli zawsze chciałeś zobaczyć słonia w Afryce, to możesz odłożyć na wyjazd na sawannę, czy gdzie tam żyją afrykańskie słonie. Na pewnym etapie życia większość z nas wykształca w sobie część krytyczną, która może skwitować taki pomysł krótko: „przecież to głupota, nie będę wydawał kupy kasy na wycieczkę do Afryki, żeby zobaczyć słonia”. I idziemy za tym, ale lata mijają, a nam zaczyna co raz bardziej czegoś brakować i nie wiemy nawet czego. Może właśnie widoku tych afrykańskich słoni?

Ktoś kiedyś zauważył żartobliwie, że pierwszych czterdzieści lat dzieciństwa jest najtrudniejsze. Mam ponad trzy dychy na karku i parę lat temu wymyśliłem, że może zajmę się tworzeniem rzeczy. Próbuję z pisaniem i próbuję z muzyką, ale zawsze znajduję jakiś argument, żeby to odwlec, żeby nie wejść w to głębiej.

Zgodnie z powyższą dewizą, do czterdziestki zamierzam hasać i wymyślać głupotki, a przy tym być przykładnym obywatelem, robić te wszystkie domowe prace i płacić rachunki. Co będzie dalej? A kto to wie?

GABA GABA HEJ


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *