Od ponad dwudziestu lat kibicuję klubowi, który przez ten czas ani razu nie zdobył mistrzostwa kraju.
W ciągu tych lat nieraz miałem okazję pogadać o Arsenalu i jego wynikach. Mało kto mówił o klubie z entuzjazmem. Zdarzyło się to parę razy, kiedy jedna z drużyn Wengera strzeliła gola po którejś z pięknych akcji. Przeważnie jednak była tylko szyderka lub jak to mawiają w Anglii – banter.
Co sezon człowiek liczył na coś więcej, ale kolejne lata bez trofeów nauczyły, że warto hamować ten entuzjazm.
W końcu pojawiły się długo wyczekiwane Puchary Anglii, które przyniosły nieco więcej uśmiechu. Lata totalnej posuchy w końcu się skończyły.
Ostatnie sezony napawały coraz większą nadzieją, że w końcu uda się zdobyć mistrzostwo. Za każdym razem jednak zdarzało się potknięcie. Tytuł uciekał Arsenalowi sprzed nosa.
Ale w końcu wygrali.
Być kibicem Arsenalu, który po dwudziestu dwóch latach, znowu sięga po mistrzostwo… Trzeba przyznać, że jest to dziwne uczucie. Miłe, ale dziwne. Z jednej strony ten tytuł jest oczywisty, przecież od lat drużyna bije się o najwyższe miejsce. W pełni na to zasłużyli. Z drugiej strony, gdyby nie słabsza dyspozycja Manchesteru City, to do ostatniej minuty ostatniej kolejki, jako kibice Arsenalu, obgryzalibyśmy paznokcie.
Część mnie chce, jak większość fanów, użyć teraz caps locka i wykrzyczeć pisemnie kilka haseł. Obwieścić światu, że „Arsenal Mistrz”!
Ale euforia to wybuchowe uczucie. Wypali się szybko. Ja zamierzam delektować się dłużej. Zamierzam napawać się tym tytułem przy cichym akompaniamencie „The Angel” Louisa Dunforda.
Arsenal wreszcie Mistrzem…
Pięknie
Dodaj komentarz