Jest koniec roku, serwisy streamingowe pokazują użytkownikom muzyczne podsumowania – najczęściej słuchane utwory, wykonawcy itd. Nie otwierałem statystyk przygotowanych dla mnie. Znam je i bez tego. Moim muzycznym podsumowaniem roku jest Blink-182. Słuchałem ich przez cały rok 2024 niemal codziennie i nadal mi się nie znudzili.
Pod koniec ubiegłego roku Mark, Travis i Tom po wieloletniej przerwie grania razem, znowu zaczęli wspólnie wydawać numery. Pojawiła się ich płyta ONE MORE TIME… i od momentu, kiedy kawałki z niej do mnie dotarły, po prostu przepadłem. Sam nie wiem jak to się stało, bo nigdy nie byłem wielkim fanem Blinka. Owszem, znałem parę ich piosenek, ale mówimy o trzech, góra czterech pozycjach. A tu nagle po kilkunastu latach przerwy odtwarzają stary skład i wydają nową płytę, a ja momentalnie staję się ich fanem. Może to historia ich powrotu, a może nostalgia, wywołana przez dźwięki pop-punku, nie wiem. Ale czy to ważne?
Sama płyta, choć nadal mająca ten punkowy, frywolny ton, jest o wiele bardziej dojrzała od ich starych numerów. Jest minimalnie wolniej i treściwiej, ale cały czas energicznie. Pomimo tego, że Blink bez Toma DeLonge ciągle działał, czuć, że to właśnie to trio tworzy swoistą perfekcję. Pojawienie się tej płyty było jak zastrzyk energii w momencie, kiedy akurat zaczynało jej brakować. To trochę tak, jakbym dostał wyjątkowo trafiony prezent, o którym nawet nie wiedziałem, że go potrzebuję.
Jest jeden minus tej sytuacji. Od jakiegoś czasu uczę się grać na bębnach, a kiedy uczysz się grać na instrumencie, naturalnie chcesz zagrać swoje ulubione kawałki. No i tu mamy problem. Spróbujcie, będąc początkującymi, zagrać partie Travisa Barkera. Nie takie to proste…
Dodaj komentarz