O co chodzi z bonami na edukację?

Gdzieś ledwie słyszalnym głosem w chaosie kampanii wyborczej, uchwyciłem parę słów o bonach na edukację. Oczywiście temat rzucony hasłowo, bo w kampanii wyborczej nie chodzi o to, żeby omawiać istotne zmiany systemowe.

O bonach na edukację słyszałem już wcześniej i według mnie mają one większy sens niż te na służbę zdrowia, ale może nie poświęciłem wystarczająco dużo uwagi tym drugim.

Często narzekamy na to, że edukacja w naszym kraju jest na przeciętnym poziomie, a nauczyciele za mało zarabiają. Skąd się to bierze?

Kiedy oświata finansowana jest z budżetu państwa, ludzie nie przejmują się za bardzo tym na co wydawane są te pieniądze i ile ich właściwie jest. Wszystko to dzieje się poza ich wiedzą i ingerencją. Wydawać by się mogło, że szkoły są darmowe, ale przecież tak naprawdę wszyscy się na to zrzucamy. Najważniejsze jest to, że nie mając w rękach tych pieniędzy, nie obchodzi nas za bardzo co się z nimi dzieje. Ale do tego wątku wrócimy za chwilę.

Drugą najbardziej istotną rzeczą jest to, że państwowe szkoły tworzą swego rodzaju monopol. Stosunkowo niewielką część społeczeństwa stać na to, żeby wysłać dzieci do prywatnej szkoły. Zdecydowana większość uczęszcza do szkół publicznych. Niestety, państwo jako monopolista, nie za bardzo przejmuje się tym, żeby podnosić jakość usług, bo tak czy inaczej klienci będą. Zresztą, budżet na edukację jest zawsze odpowiednio ustalany, więc pieniądze też będą. No i wreszcie, politykom nie opłaca się zajmować oświatą zanadto, bo jest to branża, w której nie da się wyciągnąć zbyt wiele na lobbingu, a łatwo można narazić się społeczeństwu.

Obecnie mamy 8 lat szkoły podstawowej i 4 lata szkoły licealnej lub 5 lat szkoły technicznej, czyli 12-13 lat obowiązkowej edukacji. Przypuśćmy, że zgodnie z informacją na stronie rządowej, z budżetu na ucznia przypada około 7 tysięcy złotych rocznie. Daje nam to w sumie 84 tysiące złotych za cały okres dwunastoletniej edukacji dziecka. Oprócz mieszkania, edukacja dzieci wydaje się więc być jednym z największych wydatków w życiu większości Polaków.

Zupełnie inaczej patrzysz na wybór szkoły, kiedy masz ograniczony wybór, który na dodatek nie jest zbyt atrakcyjny i różnorodny, a inaczej, kiedy możesz wybrać dowolną akredytowaną placówkę. Sam decydujesz na którą szkołę wydasz otrzymany voucher. Jeśli takie bony weszły by w życie, a państwo bez przeszkód udzielałoby akredytacji różnym placówkom, powstawałoby więcej prywatnych szkół, a szkoły te, zaczęłyby się dobrze i intensywnie reklamować, żeby przyciągnąć jak najwięcej uczniów. Wiadomo, że podstawą dobrego marketingu, jest dobra jakość towaru lub usługi. To oznacza, że szkoły musiałyby zatrudniać najlepszych nauczycieli, stwarzać im takie warunki pracy i płacić im na tyle dużo, żeby nie opłacało im się odejść do konkurencji.

No i tutaj wchodzi jeszcze jedna kwestia. Kwestia związków nauczycielskich. Kiedy nauczyciel ma zapewnione odpowiednie warunki i zarobki, stara się dalej, żeby trzymać poziom, ale kiedy wie, że nie może zostać zwolniony, to ta motywacja może spadać. Widziałem nie raz rankingi najlepszych nauczycieli, najbardziej lubianych, popularnych itp. Ale tak naprawdę taki nauczyciel poza szacunkiem wśród uczniów i rodziców, pamiątkowym zdjęciem i dyplomem, niewiele z tego ma. Za te rzeczy nie kupi sobie lepszego samochodu, działki, czy nie zrealizuje jakichś swoich marzeń, które kosztują.

Chodzi o to, że najlepsi nauczyciele, którzy nadal uczą z pasją i wydają się być faktycznie powołani do swojej roli, zarabiają  i są traktowani przez obecny system tak samo, jak ci najgorsi nauczyciele, którzy już dawno temu stracili zapał do nauczania i krótko mówiąc, nie powinni uczyć. Nieważne więc, czy starasz się, czy nie – masz to samo. To okropnie demotywująca i demoralizująca perspektywa.

Kolejną zaletą takiego rozwiązania jest fakt, że wiele młodych osób, zamiast po studiach szukać pracy w korporacjach albo zakładać technologiczne start-upy (z których większość szybko upada), zakładaliby szkoły. Tam też rynek by ich oczywiście zweryfikował, ale stwarza to wiele możliwości. W ten sposób mogłoby powstać kilka naprawdę prestiżowych placówek.

Obecnie edukacja traktowana są jak coś darmowego przez klientów (rodziców), a przez przedsiębiorcę (państwo) jak coś, na co klienci zawsze będą „chętni” (obowiązkowa edukacja szkolna do 18 roku życia), bo mają monopol. W rezultacie dostawca nie za bardzo przejmuje się jakie usługi świadczy, a odbiorca nie przejmuje się jakie usługi dostaje. I jak tu ma być lepiej?


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *